RSS
poniedziałek, 20 lutego 2012
W Księstwie Pterodaktyla - Kosmiczna Plazma Chybotka

Chybotka po prostu spadła z nieba. Rozpalona do białości plasnęła we właśnie budowaną stodołę paląc ją do szczętu. Pech chciał, że stodoła stała w Księstwie Pterodaktyla. Ludzie i nieludzie wiedzieli, że Pterodaktyl płaci złotem za Niebieskie Kule. Chłop Jeremiasz zacierając ręce czekając ze swoją żoną Praksedą aż ogień przygaśnie na tyle, by móc zacząć przegrzebywać pogorzelisko. Jednak zacieranie rąk przerwała Plazma, która ciągle jeszcze kipiąca gorącem wydostała się z płomieni i zeżarta Praksedę przybierając jej nagą postać. Jeremiasz widząc to, w pierwszej sekundzie posiwiał, w drugiej wyłysiał a w trzeciej oszalał. Od tej pory wołano na niego Jeremiasz z jeziora, bo siedział w sadzawce wystawiając ponad taflę łysą głowę, wielkie przekrwione oczy i zasmarkany nos.

 

Chybotka tym czasem starała się utrzymać ludzką postać z całych swych nadnaturalnych sił. Brak wrodzonego talentu ku temu powodował, że była niekształtna, galaretowata i poruszała się niezgrabnie. Każdy człowiek spotkany po drodze uciekał, każda grupa ludzi obrzucała ją kamieniami a każda istota innej rasy nie czuła na tyle sympatii do biedaczki, by jej pomóc. Chybotka nie rozumiała otaczającego jej świata i czuła, że nie przeżyje na tej planecie, tak szczelnie oddzielonej atmosferą od kosmicznej energii niezbędnej do funkcjonowania. Los się jednak do niej uśmiechnął czterdziestoma czterema zębami Wróżki Uśmiech.

 

Chybotka przeszła szybki kurs przygotowawczy pod nadzorem Uśmiech i jej męża by po dwóch tygodniach, wciśnięta w ludzkie ubranie, stanąć przed Pterodaktyl. Los uśmiechnął się po raz, Pterodaktyl właśnie potrzebował kogoś na jedno ze stanowisk. Machnąwszy ręką zatrudniła Chybotkę nawet na nią nie spoglądając.

 

Chybotka w administracji radziła sobie dokładnie tak samo jak z wyglądem – bardzo się starała dla kiepskiego efektu.  Na szczęście każdego dnia znajdował się ktoś, kto miał na tyle dobry humor by jej pomóc w obowiązkach.

 

Czy Chybotka chciała stać się człowiekiem? Trudno zgadnąć. Postać Praksedy przybrała tylko dlatego, że ta była pierwszą napotkaną żywą istotą. Każdego wieczoru przemierzała szmat drogi do kręgu druidów, który ściągał kosmiczną energię. Było to najbliższe miejsce gdzie mogła się pożywić i przy okazji obserwować krwawe rytuały. Plazma wiedziała co i po co robią Druidzi nawet lepiej niż oni sami i chętnie udzielała wskazówek. Druidzi szanowali ja, ale jej kobieca postać nie pozwalała przyjąć jej do swego grona. Chybotce to nie przeszkadzało, Druidzi byli bardziej szaleni niż wszyscy nieludzie razem wzięci i prawie tak szaleni jak ludzie z miasta. Dlatego też wolała być sobą, nawet w kobiecej postaci.



Tagi: baśń
19:56, lowsys
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 lutego 2012
W Księstwie Pterodaktyla - Harpia Długa

Harpia Długa jest największą pomyłką Pterodaktyla i jej harpii psuje jej, i tak już paskudne, nastawienie do poddanych.

 

Wszystko zaczęło się niewinnie. Do Księstwa przybyła harpia pragnąca zniknąć w tłumie ludzi a Pterodaktyl szybko się zorientowała, że harpia ma wielki potencjał i może wkrótce stać się poważaną istotą w wyższych sferach nieludzi. Zapewniła harpii stanowisko i skromną pensje zadowolona, że tanim kosztem zyskała kolejne świecidełko, którym może się chwalić i wykorzystać do własnych celów.

 

Sama harpia miała blond włosy, twarz, a właściwie całe popiersie bardzo ludzkie. Spory biust skromnie kryła pod modnym, bardzo eleganckim ubraniem. Opierzone ręce, ptasie nogi i olbrzymie pazury również zawsze zakrywał schludny strój, który doskonale maskował potworność zarysem człowieczeństwa. Dobieranie takiego stroju zajmowało Długiej tyle czasu, że często nie zdążyła zrobić makijażu, co uchodziło za ekstrawagancję i inni nieludzie często zazdrośnie prychali widząc jej naturalne ludzkie rysy. Wiele lat ćwiczyła głos, bo jak wszyscy wiedzą skrzek harpii ustępuje okropności jedynie skowytowi banshee. Dzięki swej upartości i systematyczności udało jej się doprowadzić głos do znośnego brzmienia, które nie raniło ludzkich uszu.

 

Właśnie ta upartość i systematyczność niosła ją coraz wyżej w hierarchii nieludzi, zarówno tej oficjalnej - zyskując coraz lepsze stanowiska, jak i towarzyskiej. Pterodaktyl zauważyła, że jej zabawka zaczęła żyć własnym życiem, dwoiła się i troiła by umniejszyć znaczenie Długiej. Przy każdej okazji zarzucała jej działanie na szkodę królestwa, rozpuszczała najbardziej wymyślne plotki i utrudniała pracę na wiele sposób. Niestety pozycja harpii rośnie z miesiąca na miesiąc i jedynym skutecznym sposobem wydaje się być wygnanie Harpii z księstwa. Ale ten ruch może zainteresować królewskich urzędników a Pterodaktyl nie może sobie pozwolić na przyciągnięcie uwagi, mogło by to się skończyć szczegółową kontrolą w administracji.

 

Harpia natura nie dawała się do końca stłamsić. Długa nim opuściła swoje rodzinne strony wykradła kryształowe serce, którego jedna połowa była czarna a druga czerwona. Dotknięcie człowieka czerwoną częścią miało moc rozkochiwania i dawało witalne siły a czarna strona zmieniała miłość w nienawiść postarzając równocześnie ofiarę. Harpia bez trudu wypatrzyła sobie odpowiedniego kandydata na partnera, oczywiście człowieka, i rozkochała go za pomocą kryształowego serca. Dramat zaczynał się rozgrywać po powrocie Długiej do domu po każdym dniu pracy. Wtedy dotykała ciała kochanka czarna stroną i skrzecząc głośno i natrząsając się wulgarnie z postępującego w oczach starzenia rozrywała jego skórę i mięśnie aż do kości. Jej pazury z mlaskiem zagłębiały się w ciało wyrywając wnętrzności przy akompaniamencie łopotu skrzydeł i agonalnych krzyków siwiejącego kochanka. Nim nieszczęśnik wydawał ostatnie tchnienie Długa muskała go czerwoną stroną serca, którego moc leczyła ciało. Ukochany budziła się o świcie całkiem zdrowy nie pamiętając nocnych wydarzeń. Harpia pół nocy doprowadzała dom do porządku a drugie pół wybierała perfekcyjny strój na dzień. Z uśmiechem zapinała ostatni guzik wykrochmalonej koszuli gotowa na bycie profesjonalistką aż do zachodu słońca.

piątek, 25 lutego 2011
Cień dawnego wampira

- Co tu robisz? – Patrzyła na niego z mieszanina wściekłości i zaskoczenia
spod długich, sztucznych rzęs
- Przyszedłem w gości, na szczęście mnie nie trzeba  zapraszać – nawet na nią nie spojrzał, minął ją oniemiałą i zastygłą w pół kroku na schodach. Przeszedł przez otwarte drzwi prowadzące do dużej jadalni. Bez wahania zajął miejsce u szczytu stołu. Smukłe dłonie położył na złoconym drewnie oparć.
– Niezbyt wygodne – powiedział do siebie, ale ona miała świetny słuch. Nim zdarzył mrugnąć stała przed nim, jej drobną, porcelanową twarz wykrzywił grymas złości. Odgarnęła z twarzy niesforny pukiel ufarbowanych na głęboką czerń włosów i uniosła wargę ust obnażając długie, cienkie jak zapałki kły. Patrzyła prosto w jego oczy, oczami których białka szybko zmieniały się w rubinową czerwień.
- Długo ćwiczyłaś tę pozę? Kilka godzin przed lustrem? Nie jesteś filmową gwiazdą, od wyginania się krew nie smakuje lepiej, wilk przed atakiem nie pokazuje jak gładkie ma futro, ani nie wyje teatralnie na tle księżyca – strzepnął nie istniejący kurz z mankietu szarego płaszcza, wiedział, że to tylko rozjuszy tą… karykaturę.
- Żadna kolacja nie śmiała się tak do mnie odezwać, musisz być idiotą, – wyciągnęła dłoń w jego stronę. zauważył starannie dobrane tipsy ozdobione koronkowym wzorem -  który będzie wył z bólu.
- Ograniczony? Przecież to ty nie możesz się ruszyć – ich spojrzenia znów się spotkały, oczy wampirzycy zaczęły wracać do ludzkich barw, ręka zatrzymała się w pół drogi do jego szyi. Jej nozdrza wściekle rozszerzały się przy coraz szybszym, płytkim oddechu. Próbowała odzyskać kontrolę nad swoim ciałem po raz pierwszy od wielu lat poczuła się bezsilna.
– Jest tu jakaś służba? – pytanie wypowiedział takim głosem , że szyby zadrżały w oknach, dźwięk zdawał się zalewać każdy zakamarek trzypiętrowej willi i był równie mocno słyszalny w piwniczce głęboko pod ziemią jak i na szczycie poddasza.
- Siadaj – rzucił do wampirzycy patrząc jak posłusznie zajmuje miejsce na drugim końcu stołu. Dopiero teraz zwrócił uwagę na zastawę. Na białym wykrochmalonym obrusie pyszniła się zastawa, nie były to jak meble barokowe antyki a współczesne dzieła rzemiosła utrzymane w klimacie. Złote elementy były gustownie łamane chromowanymi dodatkami.
- Nie ujdzie ci to płazem – jej głos drżał wściekłością oczy znów zmieniły kolor. – Rozerwę cię na strzępy śmieciu!
-  A ty ciągle ujadasz, w klatce, w kagańcu, bezbronna. Pogódź się z tym, że jesteś moją zabawką, niewinnym eksperymentem i nie doczekasz... – W drzwiach jadalni pojawiła się naga Azjatka, prawie naga, jedynym okryciem był czepek na głowie.
- Tak ubierasz służbę? – Z niesmakiem przyglądał się sinym śladom ugryzień na wewnętrznej stronie ud Azjatki. – Bardzo gustownie, tylko cycki ci w głowie?
- Po co ubierać posiłek – wysyczała spoglądając gdzieś ponad jego ramieniem.
- Błąd wampirzyco, po co rozbierać posiłek i wpuszczać go do domu, ludzie już od wieków nie żyją pod jednym dachem ze świniami.
- To nie świnia, skoro już mamy porównywać jest bardziej suką, wy ludzie śpicie z psami w jednym łóżku.
- Tyle, że ich potem nie zjadamy, nie hipnotyzujemy. Ale nie przyszedłem do ciebie roztrząsać definicji domowego zwierzęcia. Interesuje mnie czemu polskie wampiry otaczają się całym przemijającym wytworem ludzkich rąk. Ta wieka willa, barokowy przepych antyków, oczywiście z pominięciem srebra.
- Urodziłam się tutaj a mój ojciec był historykiem sztuki.
- O – zaniemówił na moment. – Słabość do poprzedniego wcielenia? Wątła nić łącząca cię z człowieczeństwem? - Pochylił się zainteresowny.
- Powiedz czego naprawdę chcesz ode mnie, nie potrzebuje psychologa, i tak nie zrozumiesz co powoduje wampirem.
- Opowiem ci coś. A ty – machnął ręka na służącą – zaparz mi kawę - Natomiast ty chcesz posłuchać opowieści o wampirach. – Spojrzał prosto w jej oczy.
- Chyba nie mam wiele do gadania – nawet nie próbowała użyć hipnozy, ten człowiek miał moc, której nie potrafiła przełamać i ani na chwilę nie tracił koncentracji.
- W Szwecji też są wampiry, ale nie mówię o tych z Malmo czy innych miejsc gdzie łatwo o zepsucie. Daleko na północy, za kręgiem polarnym mieszkają prawdziwe wampiry. Z dawnym życiem łączy je tylko trumna i odzienie. Są całkowicie pogodzone ze swoją naturą i nie próbują udawać, że nic się nie zmieniło . To nie są wilki w owczej skórze. Dla nich ludzie to zwierzyna a nie zwierze, pokarm a nie zabawka – zamyślił się na chwilę.
- Śpiące w trumnach, bez domu, bez kultury, głodne krwi? Co w nich takiego ciekawego? Ta bajka ma jakiś morał? – Wampirzyca nie wydawała się zainteresowana opowieścią.
- Ma morał. Widzisz, one polują wspólnie, wspierają się i dążą do tego, by być coraz lepszymi myśliwymi. Nie próbują powiększać stada, jeśli jakaś ofiara zostanie przypadkiem zmieniona musi radzić sobie sama, póki nie nabierze sił i mocy by dotrzymać im kroku. Ludzie są dla nich tylko pokarmem, nie towarzystwem ani nie trofeum. Nie ma miedzy nimi walki o władzę ani zazdrości. Nie to co wy, knujące przeciw sobie cały czas.
- Nie potrafią manipulować? Mówisz mi tu o bandzie wiejskich naiwniaków! – Wampirzyca nie mogła powstrzymać emocji.
- O to by była uspokajająca cię definicja, co? Tępaki z zadupia bojące się cywilizacji. Tyle, że one mają moc o jakiej ci się nie śniło, potrafisz zmienić się w mgłę? – Spytał podsuwając pod jej brodę koniec laski.
- Ha! – Spojrzała hardo w jego oczy – to tylko bajka, którą wymyślili ludzie a może my. Pewnie też wierzysz, że mleko kwaśnieje od sików krasnoludka.
- Mniej bezczelności wampirzyco – odsunął laskę od jej twarzy, skuliła się, myśląc ze wymierzy jej cios, ale on nawet nie miał takiego zamiaru, uśmiechnął się widząc jej próbę uniku. – Między tobą i innymi miejskimi wampirami a tamtymi jest taka różnica, że im ledwo uszedłem z życiem. Potrafią być mgłą, potrafią mi się przeciwstawić a wiesz dlaczego? Nie rozmieniają swojego życia na drobne, dobrze wykorzystują zasadę, że trening czyni mistrza. Tobie wydaje się, że masz wieczność, więc czas możesz marnować zmarnowania. Skupiasz się na antykach i lesbijskim seksie. Na walce o władzę i pieniądze. Na tym, by cię uwielbiano. To wszystko są twoje słabości, ucieczka przed przeznaczeniem do poprzedniego życia, chcesz nabyć cech ludzkich, co prawda tych złych, ale to i tak cię upodabnia do tego, co powinno być twoim jedzeniem. Nawet najgłupszy i najprostszy człowiek nie chce być schabowym, a ty? Czy ty w ogóle potrafisz latać?
Nie odpowiedziała, drgnięcie mięśni twarzy mogło oznaczać, że trafił w sedno.
- Źródło waszej słabości wydaje się tkwić w ciągłej walce o dawne życie, a nie patrzenie w przyszłość. Chce się temu przyjrzeć dokładniej. Powiedz mi, czy biblioteka wampirów istnieje naprawdę?
- Nie pomogę ci, przecież i tak nie dożyję świtu.
- No tak, mogłem o tym nie wspominać – wyciągnął z laski srebrne ostrze. Uderzenie odciętej głowy o podłogę poprzedził świst klingi. Z kikuta szyi trysnęła fala czarnej krwi, jednak ani jedna kropla nie zbrukała ubrania mężczyzny. W jednej chwili służba uwolniła się spod uroku. Ludzkie mózgi wyrwane z otępienia w pełni przyswoiły sobie to co je spotkało w ciągu ostatnich miesięcy, z kilkunastu gardeł wydobył się wrzask zagłuszający te koszmarne obrazyi. Mężczyzna ściągnął brwi, chciał jak najszybciej opuścić to miejsce, jednak wyciągnął jeszcze z kieszeni płaszcza zaostrzony kołek, niedbałym ruchem dłoni rzucił go w stronę podwójnie martwego ciała. Kołek wszedł idealnie w wampirze serce, tak głęboko, że zaostrzony koniec przebił skórę pleców. Do wyjścia odprowadziły go krzyki, niektóre już nigdy nie ustaną, umysł  człowieka jest taki słaby, tak samo słaby jak wampira marnującego czas na puste przyjemności.

poniedziałek, 28 września 2009
W księstwie Pterodaktyla - Gryfa Biodra

Gryfa Biodra trafiła do Księstwa stosunkowo niedawno, jednak czas w nim szybko przestawał mieć znaczenie. Już o kilku miesiącach pracy dla Pterodaktyla zmieniła się i popadła w marazm, jak wszystkie inne istoty obcujące z mściwą Pterodaktyl.

Biodra, jak każde stworzenie, była oczywiście interesująca. Już sam wygląd czynił ją niesamowitą. Lwi ogon leniwie zataczający esy w powietrzu informował o tym, że zawsze jest czujna i niebezpieczna. Orle, bystre oczy zdradzały nieludzką inteligencję skrytą za nimi. Każdy ją uwielbiał za buntowniczą postawę w stosunku do Księżnej, zawsze mówiła co myśli i uważnie obserwowała reakcje na swoje słowa.

Jednak i Biodra chciała stać się człowiekiem, lub choć na chwilę wejść w jego rolę. Akurat dla niej zadanie to było niezwykle trudne. Nie miała podobnych do ludzkich rąk czy nóg jak troll czy wróżka, nie było w niej ani kawałka ludzkiej postury jak u kościeja czy syreny. W kłębie była wysoka na 10 stóp, gdy rozpostarła skrzydła zakrywała nimi wiejskie chałupy. Ani futro ni pióra nie przydawały jej człowieczeństwa. Szpony i lwie łapy nie pasowały do ludzkich członków. Jej jedynym podobieństwem był śpiewny, kobiecy głos.

Wiele lat błąkała się samotnie spragniona kontaktu z człowiekiem. Nie mogąc spełnić swojego marzenia, które przerodziło się w obsesję, zleciała do Księstwa Pterodaktyla, gdzie mogła przynajmniej liczyć na zrozumienie swej tragedii i wypłakać się przy beczce samogonu.

Razu pewnego uśmiechnęło się do niej szczęście. Księstwo przyciągało również ludzi, którzy nie potrafili przystosować się do społeczeństwa. Trafił tam woźnica Władysław, którego tak drażniła ludzkość, że 5 lat spędził w pustelni nie widując nikogo. Jego życie odmieniło się zupełnie, gdy pierwszy raz zobaczył Biodra w promieniach wschodzącego słońca, które roziskrzyło krople rosy na końcach jej piór. Czujna Gryfa wiedziała, że ktoś do niej podchodzi i obserwowała Władysława spod pól przymkniętych powiek. Natychmiast dostrzegła, że nie patrzy na nią jak na dziw, ale jak na cud natury. Im więcej słońca zalewało polanę, tym więcej szczęścia wypełniało dwójkę istot. Jakże wielkie zdziwienie wywołali pokazując się wspólnie. Po raz pierwszy widziano człowieka, który nie chciał być człowiekiem. Żaden mieszkaniec Księstwa nie potrafił tego pojąć a związek Bioder i Władysława stał się głównym tematem rozmów. Co dziwniejsze związek udany i bez żadnych kłamstw.

Jednak po kilku miesiącach w serca Władysława i Gryfy zaczęły wkradać się pesymizm do pary ze zwątpieniem. Prawie wiek samotności Bioder i ponad dwadzieścia lat inności Władysława niczym trąd zaczął toczyć zdrowy związek. Stare przyzwyczajenia były jedynie przykryte wybuchem uczuć, które topniały niczym górski śnieg w majowym słońcu. W końcu „Władysław zachował się jak cham” jak skomentowała Gryfa zakończenie związku. Nigdy więcej nic o nim nie mówiła, zostawiła jednak sobie na pamiątkę jego łysą czaszkę z której zrobiła śliczny naszyjnik. Facet musi mieć łeb na karku, nieważne na czyim.

czwartek, 28 maja 2009
W księstwie Pterodaktyla - Kościej Palec

Kościej Palec krótko po przybyciu do Księstwa zajął wysokie stanowisko w administracji Pterodaktyla. Mało kto rozumiał czym się zajmuje, przesiadywał całe dnie w swojej krypcie gapiąc się w magiczną kulę i pokrywając stosy pergaminu drobnymi znaczkami. Palec znał się trochę na nekromancji co powodowało, że mieszkańcy Księstwa bali się go i szanowali jednocześnie. 


Prawdą jednak było, że nekromancji używał bardzo rzadko a ponadto był samotnikiem, zatem mieszkańcy nieczęsto byli narażeni na jego towarzystwo. Kościej nie pił i nie jadł więc nie odwiedzał żadnych karczm. Kościej nie lubił się bawić, więc nie wzbudzał niepokoju na festynach. Kościej w nic nie wierzył, więc nie przeszkadzał wróżkom w świętych gajach, trollom w świętych jaskiniach ani hobbitom w cotygodniowych ofiarach składanych płodnej ziemi.
Palec był sam jak palec a pragnął poznawać ludzkie kobiety i sycić się ich towarzystwem i emocjami. Niestety wyglądał dla człowieka jak Śmierć, co przerażało bardziej niż spotkanie z Trollem. Potrzeba i rządza ludzkiej kobiety popychały Kościeja do czynów okropnych. Trzy razy w roku znajdował sobie ofiarę w postaci młodego, ludzkiego samca, którego porywał do swojego lochu, gdzie żywcem zdzierał jego skórę a potem oblekał nią swój szkielet. Jego magiczne moce pozwalały utrzymać skórę ofiary w stanie żywym przez miesiąc a Kościej przez ten czas wyglądał jak człowiek i nikt nie potrafił go zdemaskować.


Przez ten miesiąc wtapiał się w tłum ludzi odwiedzających Księstwo, upatrywał sobie inteligentną, ładna kobietę i uwodził ją. Sztukę uwodzenia opanował do perfekcji i żadna nie potrafiła mu się oprzeć. Rozmawiał z nimi, tulił, dawał wsparcie, rozwiązywał ich problemy i każda jedna chciała go mieć za męża, bo był wtedy mężczyzną doskonałym. Im więcej czasu spędzał ze swoją wybranką tym bardziej popadał w przygnębienie. Zaczynał zauważać, że skóra robi się coraz bardziej zimna i nijaka, to samo działo się z jego uczuciami do wybranki.


W końcu znikał bez słowa i wracał do swojej niemiłej oku powierzchowności. Przez kilka dni dyskretnie i z oddali obserwował uwiedzioną kobietę i jej reakcje na nagłe rozstanie. Reakcje tak różne, od rozpaczy, przez szukanie pocieszenia w ramionach innego, po zupełną obojętność a nawet samobójstwo. Zawsze wtedy obiecywał sobie, że już nigdy tego nie zrobi, że nie chce być człowiekiem, ale rządze zawsze wygrywały i kolejny młody mężczyzna ginął bez śladu.

niedziela, 08 lutego 2009
W księstwie Pterodaktyla - Wróżka Uśmiech
Wróżka uśmiech nigdy nie chciała być człowiekiem, po prostu tak wyszło, że do człowieka stała się łudząco podobna. Złożyło się na to kilka drobnych i poważnych zdarzeń. Jak na wróżkę była bardzo brzydka, jak na wróżkę miała niezdrowy odcień cery, co czyniło ją niezwykle piękną kobietą w oczach ludzi. Gdy była jeszcze bardzo młoda nieuwaga pozbawiła ją skrzydeł, przez co musiała nauczyć się poruszać bez ich pomocy. Las w którym mieszkała często był odwiedzany przez ludzi i dzięki świetnemu słuchowi nauczyła się szorstkiego języka jakim się posługiwali. Z czasem zaczęła rozumieć, że ludzie traktują ją lepiej niż jej własny gatunek i zamieszkała w jednym z niewielkich miasteczek. Nigdy nikogo nie okłamywała co do swojego pochodzenia, po prostu nikt jej o to nie pytał a i ona nie czuła potrzeby się zwierzać. Wróżka Uśmiech poznała wyjątkowego mężczyznę i zaczęła czuć się szczęśliwa. Niestety nie wiedziała, że ma zazdrosnego, nieśmiałego wielbiciela. A wielbiciel wiedział, wróżka nie jest człowiekiem. Uśmiech jak każda wróżka miała 44 równe śnieżnobiałe zęby, łatwo było ją rozśmieszyć a ona nie zawsze pamiętała by nie śmiać się zbyt szeroko. Wielbiciel rozpuszczał plotki po całym miasteczku, ludzie zaczęli się Uśmiech przyglądać i nie były to przyjazne spojrzenia. Wydawać by się mogło, że szczęście da im Księstwo Pterodaktyla. Wróżka tak podobna do człowieka zyskała od razu szacunek a jej narzeczony pogodził się z towarzystwem dziwolągów. Wkrótce po przenosinach się pobrali, Uśmiech mimo że nie była pełnosprawną wróżką i mimo, że nie była człowiekiem czuła się szczęśliwa w ponurym Księstwie Pterodaktyla. 
środa, 04 lutego 2009
W księstwie Pterodaktyla - Smoczyca Aurelia
Smoczyca Aurelia była bardzo stara i bardzo mądra, nawet sama Pterodaktyl nie potrafiła zrozumieć czemu Aurelia zechciała dla niej pracować. Po prostu pewnego dnia zjawiła się niosąc dwoje ludzi w klatce i przyjęła wolne stanowisko w administracji nie targując się nawet o wysoką pensję. Smoczyca była tak mądra i tak magiczna, że bez trudu przybierała ludzką postać atrakcyjnej kobiety tuż po czterdziestce. Bardzo chciała stać się człowiekiem, zaczarowała spotkanego przypadkiem mężczyznę by ten odgrywał rolę męża, ale to było za mało. Porwała dziecko i trzymała je zahipnotyzowane przy sobie udając, że ma prawdziwą rodzinę. Wszyscy ludzie dawali się nabrać na jej oszustwo, ale sama Aurelia mimo starań nie potrafiła oszukać siebie. Chciała czuć się kobietą, uwodziła ludzi wizytujących Księstwo i robiła wszystko by czuć się spełniona. Trochę ją pocieszał brak szczęścia innych mieszkańców Księstwa pragnących tak mocno jak ona bycia człowiekiem. Szukała pomocy u wielu mędrców, ale sama była dużo mądrzejsza niż wszyscy oni razem wzięci. Ani dobre uczynki, ani przebywanie w towarzystwie, ani proste rozmowy nie dawały jej poczucia człowieczeństwa, jedynie te krótkie chwile spełnienia widoczne w oczach mężczyzny dawały jej poczucie bycia prawdziwą kobietą.
Katarzyna, córka fechmistrza Marcina
Dawno dawno temu, za górami za lasami wydarzyła się historia, której początek dało małe kłamstwo. Kłamstwo zawarło się w słowie „tak” a padło z ust szlachetnie urodzonej Katarzyny, córki barona Marcina, znanego fechmistrza. A kłamstwo to było odpowiedzią na pytanie księcia które brzmiało tak „Czy wykształcenie ponadprzeciętne zdobyła już szlachetna panna?”. Nim Katarzyna się spostrzegła wyprawiono huczne wesele, stary król im pobłogosławił a starej królowej radość przepełniała serce, że jej syn tak urodziwą żonę sobie wypatrzył. Jedynie szlachetnie urodzona Katarzyna nie mogła się oddać pełni szczęścia i sypiała niespokojnie z powodu swojego małego kłamstwa. Drżała na myśl, że ktoś ją wyda, albo przy jakiejś innej okazji wyjdzie na jaw, że nigdy nie wydano jej odpowiedniego dokumentu potwierdzającego zdobycie wiedzy ponadprzeciętnej. Swych obaw nie mogła ukryć ani przy stole z zacnymi gośćmi ani sam na sam ze swym mężem nie mogła się oddać radości.

Tak dłużej żyć nie mogła. W tajemnicy przed mężem, gdy ten już mocno spał wymykała się do nadwornego czarnoksiężnika by zdobyć wiedzę oraz niezwykle ważny dokument o wiedzy świadczący. Tajemnicę powierzyła jedynie starej piastunce, która pomagała szlachetnie urodzonej Katarzynie zwodzić męża. Nauka przychodziła jej z trudem, ale uczyła się pilnie zgłębiając coraz to nowsze tajemnice magii. Trwało to wiele miesięcy aż raz pewnego książe z ust życzliwego dowiedział się, że żona znika na całe noce a gdy wraca nad ranem jest zmęczona jak wół po całym dniu na roli. Książe prośbą i groźbą chciał wydobyć prawdę ze starej piastunki, ale ta nie pisnęła ani słowem dochowując powierzonego sekretu. Katarzyna mimo zachowywania coraz to większej ostrożności została zauważona przez księcia, który śledził ją od drzwi pałacu aż do mieszczańskiego domu, gdzie nauki dawał czarnoksiężnik. Książe ukryty za parkanem pół nocy słuchał rumorów i oglądał tajemnicze błyski a gniew rósł w nim z każdą minutą. Wrócił do zamku a rankiem wyrwał Katarzynę z pościeli i bosą w samej koszuli nocnej pognał nad brzeg rzeki okładając ją po drodze brzozową witką. Na nic się zdały lamenty szlachetnie urodzonej Katarzyny, na nic próby tłumaczenia. Wrzucił biedaczkę do dębowej beczki szczelnie zabijając wieko a beczkę zepchnął w toń wody skazując swoją żonę na straszliwą śmierć.

Jednak szczęście uśmiechnęło się do Katarzyny, beczka była dobrze nasmołowana nie dopuszczając wody do wnętrza a gdy tylko znalazła się w morzu potężny sztorm po czterech dniach wyrzucił beczkę na brzeg dalekiego lądu. Nieprzytomną Katarzynę znaleźli czarni jak heban rybacy i zanieśli do Czarnego Króla licząc na dobrą cenę za bladolice dziwactwo. Czarny Król kupił ją płacąc hojnie, a czarne służki dbały o nią póki nie odzyskała zmysłów. Katarzyna była przerażona czarnymi ludźmi a i oni się jej obawiali, tylko Czarny Król czasem głaskał ją lekko po karku ciepło się uśmiechając. Czarny Król miał swój ulubiony egzotyczny kwiat, który zaczął marnieć i chorować mimo troskliwej królewskiej opieki. Katarzyna na migi poprosiła o kwiat, złożyła na nim swe drobne dłonie i magicznym zaklęciem uleczyła słabą roślinę. Radość Czarnego Króla była tak wielka, że wypuścił Katarzynę z klatki i osobiście zaczął uczyć ją własnego języka. Innego znów razu wielka susza dosięgła ziemie Czarnego Króla i znów szlachetnie urodzona Katarzyna dzięki zdobytej wiedzy wycisnęła deszcz z niewinnie wyglądających obłoków. Król pokochał ją całym sercem, a sama Katarzyna była zaskoczona, że dawanie komuś radości tak mocno może ją ucieszyć. Czarny Król poprosił Katarzynę o rękę, a ta obiecała sobie i światu, że już nigdy nie będzie kłamać.
poniedziałek, 02 lutego 2009
Przenosiny bloga - część ostatnia
Nie tylko bajki się zdarzają, czasem historie inne, jednakowoż z bają w tle. Pierwsze napisane z rozmysłem, księżna Joanna wyśniona.
niedziela, 01 lutego 2009
Przenosiny bloga część II - Bajki inne
Nie tylko w księstwie Poterdaktyla dzieją się rzeczy różne, świat jest pełen bajek
 
1 , 2